| |
W_W_G: Wędkowanie u Rexa

List od czytelnika z Australii
Co do mnie, no cóż, nie mam jakichś tam budzących podziw, wspaniałych, zapierających dech w piersiach wędkarskich osiągnięć... Po prostu lobię pojechać nad wodę, trochę nad nią posiedzieć, nacieszyć widokami oczy i tu... uwaga(!)... w odróżnieniu od wielu "purytańskich miłośników przyrody" zawsze chce coś złowić, żeby nie wrócić do domu na tarczy. Nie muszą to być od razu jakieś półmetrowe kłody. małe potrafi być piękne. Ale z drugiej strony nie lubię jechać nad wodę w celach "sportowych". Kaleczenie ryb dla przyjemnści i potem wpuszczanie ich (nawet w jak najbardziej delikatny i ostrożny sposób do wody) nie jest w "moim stylu". Kaleczenie ryb dla swojej przyjemności nie jest dla mnie żadnym sportem.Łowienie ryb nie jest sportem. Tu mówimy o czymś co jest najcenniejsze dla nas wszystkich - tu mówimy o życiu. Ryba, tak jak i my, ma je tylko jedno. Łowienie ryb, to polowanie i zabijanie. To jest moje bardzo osobiste zdanie i wielu może się ze mną nie zgodzić. O ile już coś złowię, to staram sie możliwie bezboleśnie i szybko tą złowioną rybę uśmiercić, żeby... żeby ją później samemu zjeść. Nie lubię oddawać komuś swoich własnoręcznie złowionych ryb. Jeżeli nałowie tyle, ze uważam jest wystarczająco dużo (nie lubię za bardzo skrobać, a później pitrasić swoich ryb - więc z górnym limitem nigdy nie mam większych problemów), to kończe łapanie i zajmuje się czymś innym (spaniem, łażeniem po okolicach, czasami się kąpie). Jak napisalem wcześniej, wbrew pozorom nie mam oszałamiających rezultatów, chociaż łowiłem już w tylu miejscach. Najczęściej, te większe ryby się zrywają. Czasami nie chcą brać zupełnie. Skoro nie udaje mi się złowić "płetwiastych rekordowych potworów", wyspecjalizowałem się więc w łowieniu tego co można jeszcze złapać. I chyba radze sobie z tym całkiem dobrze...
Zbyszek, autor artykułu.
Prawdę mówiąc, Andrzej, pod jednym względem jestem chyba "unikatowy". Nawet w będąc w Polsce raczej unikałem jakichś większych akwenów.To wcale nie znaczy, że nie lubię łowić nad Odrą, Wartą, Bobrem lub w Lubniewicach, Łagowie, Sławie czy Niesulicach. Po prostu pociągały mnie zawsze jakieś małe zarośnięte rzeczki, co ja tam pisze rzeczki, właściwie niepozorne rowy i kanaliki, dołki zagubione wśród krzaków, wysokich traw itd. itd. Żaden "normalny" wędkarz nawet by nie zwrócił uwagi na takie "coś", które można praktycznie przeskoczyć na drugą stronę bez większego problemu. Ot, jakiś tam zabłocony rów głęboki na trzydzieści centymetrów. Do tego jeszcze to "coś" jest z mętną wodą, obrośnięte to to jakimiś krzakami i za torowane na amen zwalonymi drzewami. No tak, tylko że połowy w takich polskich rowach, zwłaszcza blisko... ruchliwych dróg, którymi poruszamy się na co dzień spoglądając, na te "bezwartościowe ścieki", to jest znakomity materiał na artykuł... Jeżeli chodzi o takie małe niepozorne wody, to jest tutaj ich calkiem sporo w Australii, podobnie zresztą jak i w Polsce. Sama Australia, jeżeli mam być zupełnie szczery, jest przereklamowana. Ze względu na to, że jestem od 18. lat zawodowym żołnierzem armii australijskiej (jestem w wojskach inżynieryjnych) miałem okazję pomieszkać (czasami po kilka lat) w każdym stanie Australii (z wyjątkiem Tasmanii). Praktycznie w każdej miejscowości nad morzem są tutaj piękne mola, takie, mniej więcej, na miarę Sopotu (czasami są znacznie większe), z których można wygodnie i bezpiecznie nałowić się do woli (co nie znaczy, że zawsze można z nich coś złowić - często i gęsto wraca się z nich o goluśkim kiju). Są też tutaj łodzie motorowe, które można kupić lub wynająć (czasami mam wrażenie, że połowa Australijczyków posiada takie łodzie). Ale ryby, podobnie jak i w Polsce, też tutaj nie zawsze biorą. Czasami jest z tym zupełnie tragicznie. Nie wierzysz, że czasami trudno złapać tutaj cokolwiek? A jednak to prawda!Zapewniam. Z drugiej jednak strony takie malownicze mola i motorówki z silnikami hondy lub innego johnsona, błyszczące jak bajeczka, nigdy mnie zbytnio nie pociągały. To nie jest to co lubiłem i lubię. Zawsze, gdzie łowiłem po świecie, znajd się jakieś małe rzeczki, kanały, takie niepozorne i zapomniane przez Boga i ludzi: brudne, błotniste i zarośnięte... No właśnie, tak naprawdę, to nie wiadomo, co by można było by zrobić w dzień nad tymi głębokimi na niecałe pół metra wodami, które odpychają czarnym błotem i na wpół zgniłymi podwodnymi chwastami. A ja? A ja kiedy widząc coś właśnie takiego, to od razu zaczyna coś się we mnie gotować.Mam nosa do takich miejsc. Najpierw wrzucam wieczorem kilka kawałków chleba, pare ugotowanych... tak, tak... ziemniaków, jak jest, to też coś z mięsa, np. jakieś z zamrażalnika resztki po rybach, no i sprawdzam co się działo z t moją zanętą rankiem następnego dnia.Czasami, ale to bardzo, bardzo rzadko (i zawsze był jakiś tego powód), że nic się nie działo.Chleb się rozmoczył, ziemniaki nie tknięte, a resztki po rybach rozebrane przez kraby... Częściej jednak, o ile nie zawsze, to prawie zawsze, takie miejsce znajdowałem dobrze "przeorane".Dosłownie znajdowałem je nad ranem przeorane rybimi pyskami. Pozostawiam Twojej imaginacji Andrzeju, co tam musiało tam się wyrabiać w ciągu nocy.Często zdarzało się, że po przyjściu nad świtem widziałem znikające, w nieco głębszą wodę olbrzymie, wolno przesuwające się cienie... Możesz mi wierzyć, to jest jeden z najpiękniejszych widoków jakie mogę sobie wyobrazić. Wiesz wtedy, że one tam są! Wyobraźnia zaczyna działać coraz silniej, jak pobudzana najmocniejszym narkotykiem.Ryby nie dają ci już żyć... Cała reszta, to już tylko drobny pikuś. Mocne wędzisko, właściwie dwa, albo trzy.Mocna żyłka, ale rzadko kiedy łowie w takiej sytuacji na żyłkę grubszą niż 0.40mm, ciężarek wielkości... grochu (byleby zarzucić te parę metrów), koralik, karabińczyk (krętlik), ale bez agrafki (bo się otwierają).Na końcu przypon z żyłki 0.35mm, ale nie dłuższy, niż 20-25cm, haczyk o szerokim kolanku rozmiar pomiędzy nr. 2, a nr. 2/0, w zależności od rodzaju przynęty. A przynęta zapytasz? Przynęta, wbrew wszystkiemu Andrzej, jest tutaj absolutnie najważniejsza! Najczęściej łowie, wszędobylskie małe rybki przypominające małe kleniki. Nazywają się "mullet" i nie jest je tak (czasami) łatwo złowić. Są to ryby roślinożerne, himeryczne i trudne do zlokalizowania. Ale od czego jest moje kilkuletnie polskie doświadczenie? Bat długości 5m. Żyłka 0.15mm (bez przyponu), mały spławik, dwie śruciny i haczyk nr. 12 z odrobiną ciasta z chleba. Nie często spotkasz w Australii taki lekki i wielce "technicznie skomplikowany zestaw"... Andrzej śmiejesz się z tego? Większość wędkarzy w Australii nie łowi na spławiki, a już dla nich takie "małe, śmieszne patyczki" dyndające na włosku, zwisającym z "kolosalnego" 5 metrowego wędziska, to już jest zupełna błazenada wywołująca totalną kosternację. Z reguły łowię dziesięć, dwanaście sztuk "mullet" przez dwie, trzy godziny intensywnego łowienia.Czasami łowie dłużej, czasami łowię troche mniej tych rybek.To jest najtrudniejsza część mojego wędkowania, ale i też bardzo przyjemna.Zabieram ryby w plastykowym wiaderku (z domocowana do niego małą pompką akwariową) i wieczorem, na palcach docieram na moje "zakarmione" i sprawdzone głębokie na kilka centymetrów łowisko.Zaczepiam, bardzo delikatnie (używan haczyków, które wykonane są z najcieńszego drutu - przeważnie firmy "Mustad", o nazwie Predator). Delikatnie wpuszczam przy brzegu do wody (nigdy nie wrzucam wielkim łukiem żywca do wody, jak robi to wielu wędkarzy). Moja wpuszczona w ten sposób do wody rybka pozostaje dosłownie kilka centymetrów od brzegu (czasmi sama odpływa dalej). Nie ma to większego wpływu na brania. Najczęściej uderzenia mam gdzieś tak około godz. 10-11 w nocy i potem pomiędzy 2 a 4 nad ranem. Ale na to nie ma reguly. Brania są czyste, rybki zostają zdecydowanie zassane...
Córka Zbyszka protestuje.
I zbliżamy się do najciekawszej części połowów. Ta sama woda widziana za dnia odżywa. Słyszysz, że coś się tam w niej dzieje. Bulgotanie, cmokanie, chlapanie. W głowie ci się nie mieści, co za cholera mogła wpłynąć do "takiej wody" i praktycznie pełzać po dnie na brzuchu. Zupełna paranoja, pomieszanie z poplątaniem. Kilka razy (właściwie wiele razy) nie udało mi się powstrzymać zaciętej ryby. Wędka wygina się w pałąk, kołowrotek piszczy, po ciemku sprawdzam palcami ile żyłki jeszcze zostało na kołowrotku. Ryba zawsze ucieka w kierunku otwartej wody. Rzadko można iść za nią, ze względu na podmokły teren, krzaki i trawy wzdłuż tego "kanaliku", a zwłaszcza w nocy.A żyłka niemiłosiernie znika coraz bardziej ze szpuli kołowrotka. Nie możesz liczyć na niczyją pomoc. No i zastanawiasz się co robić dalej... Czy dokręcić hamulec do dechy i zrobić stop? A może popuścić te jeszcze ostatnich parę metrów, może ta ryba się w końcu opamięta i w końcu się zatrzyma... Ale one nigdy się nie opamiętywały i zatrzymywały. Czasami wybrały mi 200 metrów żyłki i puszczał wtedy węzeł na końcowej pętli łączącej żyłkę ze szpulą kołowrotka. Stałem wtedy w nocy z miną głupka. Dobrze, że było wtedy zawsze ciemno i byłem sam, i że nikt tego nie mógł widzieć. Wracałem z bijącym sercem na to samo miejsce gdzie łowiłem poprzednio. Stąd te moje dwie lub trzy wędki, które zabierałem na zapas ze sobą na moje nocne łowienie. Z drżącymi rękoma nakładałem na kolejną wędkę kolejnego żywczyka i najspokojniej, tak jak potrafiłem wpuszczałem żywczyka do wody.Często zanim zdążyłem zmienić szpulę w kołowrotku i założyć kolejny ołowiany groszek i doczepić haczyk zaczynał się kolejny "odjazd".No i taka sama "jazda" od początku... Moj rekord to siedem "odjazdów" z zerwaniem żyłki w ciągu jednej nocy.

U ludożerców Papua Nowa Gwinea.
Tak jak napisałem, nie lubię łowić i okaleczonych ryb wypuszczać spowrotem do wody, ale przeczytaj tę historię. Miałem pewnej nocy na małej rzeczce wpływającej do cieśniny oddzielającego Papue Nowa Gwine i Australie dwa potężne odjazdy. Nastawiłem się na jeden ciekawy gatunek ryby której jeszcze nigdy w życiu wcześniej nie złowiłem, więc po tych dwóch odjazdach byłem już totalnie zdesperowany. Teraz, albo nigdy. W końcu założyłem na kołowrotek (po ciemku) nowiuteńką plecionkę 150 funtow (jakies 70kg).Miałem wtedy wędzisko 10 stop i 6 cali długie (jakieś 3.15m). Zarzuciłem na martwego "garfisza" (mała srebrna , wąska i długa rybka z długim nosem).Branie było prawie że natychmiastowe. Zacięcie, hamulec do dechy.Wędzisko potężnie przygniata do wody no i czekam w napięciu co będzie... Co miało być, to się stało.Wędka strzela w szczytowce.Ale plecionka trzyma.O dziwo ryba sie zatrzymała! Nagle czuje, jak pod wodą ryba charakterystycznie i majestatycznie potrzasa swoją głową.Nie dosyć, że czuje jak to robi, to jeszcze doskonale to słyszę.Po zachowaniu doskonale wiem, co jest na haku, no i... że trzeba będzie w końcu odciąć kawałek plecionki.Wiem, że muszę to zrobić jak najszybciej, tak aby ryba na haku miała jak największe szanse na przeżycie.Każda sekunda działa na jej niekorzysć.Przeżyty szok, napór na organy wewnętrzne, zmęczenie mogą ją łatwo uśmiercić... Najgorsze jest to, że jak jej "koledzy" zwiedzą się, że jest już na haku bardzo osłabiona, to będzie po niej... Ale też szkoda mi tej plecionki, bo droga jak diabli. 110 yardow, czyli jakieś 100 metrów kosztowało mnie 99.99 australijskich dolarów.Po drugie ryba z trzydziestoma metrami 150 funtowej plecionki zwisającej z pyska, ma raczej marne szanse przeżycia.Możliwie jak najdelikatniej powoli scigąm rybę do siebie.To żadna przyjemność - czysta siłówka. Kołowrotek piszczy, ja spocony, bo temperatura w nocy rzadko spada tutaj poniżej +25C.Czuje jak pot leje mi się po plecach. No cóż, zostało mi jeszcze do ściągnięcia jakieś 5, może 6 metrów.Tyle plecionki mogę już poświęcić.Ściągam jej ile się da. Widzę rybe. Ma jakieś może ze dwa metry długości (możesz mi wierzyć taka ryba potrafi się zmieścić bez kłopotu w wodzie na dwie stopy - to jakieś 60 cm głębokości). Już zaczynają się stare numery: kręci się wokół swojej osi, robi fikołki i potrząsa ze złością swoimpyskiem.Ściągam kolejny metr plecionki, i jeszcze jeden.Wystarczy.Wyciągam z kieszeni obcinacz do paznokci. Cofam się nieco dalej od wody, tak aby złamana szczytówka po przecięciu plecionki spadła na brzeg, a nie do wody.Tnę plecionkę prawie przy haczyku, który wystaje z pyska.Cholera, jak ta przeklętą plecionkę trudno się tnie... Zbiera mi to trochę czasu. W końcu postrzępiona pod naporem ryby puszcza.I jest cisza.Czuje przyjemną ulgę w ramionach. Uffff... uczucie ulgi i błogiego spokoju.Podnoszę z ziemi nieszczęsną szczytówkę (dobrze, że jest pomalowana na biało, więc bez kłopotu odnajduje ją na brzegu) i zaczynam gorączkowo główkować, w jaki sposób będzie można tę moją polamaną wędkę po powrocie do domu zreperować.Mam już w głowie kilka pomysłów...
Co może Rekin.
A ryba? Na pewno jesteś Andrzej ciekaw co to było? Najzwyklejszy na świecie rekin tzw. "brown tiger", stosunkowo popularny w północnym Queensland. Całe zdarzenie miało miejsce w lipcu 2004r. w małej aborygeńskiej miejscowości Bamaga. No cóż, w smaku "brown tiger" jest całkiem dobry, tylko że co ja miałem później zrobić z 30-40 kilogramami czystego mięsa?
Zbyszek
Notatka: Źródło www.wwg.com.pl
|
|
| |
Pokrewne tematy
 |
|
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Zachodniopomorskie Wędkowanie nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Ten artykuł nie był jeszcze komentowany
|
Komentarze są dostępne tylko dla zarejestrowanych użytkowników portalu |
|
|